Stało się regułą długich dziesiątków lat wzajemnych stosunków Polaków i Niemców, że na nasze ziemie rzadko przychodzili najuczciwsi reprezentanci narodu niemieckiego, najlepsi jego przedstawiciele. Przeważnie byli to tacy Niemcy, którzy okazywali najgorsze cechy fanatyzmu pruskiego, którzy szukali tu okazji do zasług lub do rehabilitacji w oczach władz pruskich. Traktowali więc Polaków jak niewolników, a Polskę jako swoją kolonię. Za czasów wilhelmowskich chodziło im jeszcze tylko o wychowanie "prusaków polskiego pochodzenia"[1] na zabranych polskich ziemiach, za czasów hitlerowskich zaś już o "złamanie polskiego oporu".[2]
Wydarzeniem, które na początku XX w. przyniosło Wrześni światowy rozgłos, był strajk szkolny z 1901 r. oraz proces gnieźnieński, jako bezpośrednie jego następstwo. Urosło ono do rozmiarów historycznych, "zdobywając dla siebie trwałe prawa obywatelstwa na kartach kroniki narodowej".[3] Władze pruskie usiłowały bowiem stłumić wystąpienie w tak barbarzyński sposób, że wywołało to głośne echo w opinii krajowej i na świecie a jednocześnie z wielką siłą rozgrzało polskie serca we wszystkich zaborach.
Do ostrzejszego wystąpienia ludności polskiej na tle języka w szkole doszło we Wrześni, choć nie był to pierwszy strajk tego typu. Walka o resztki języka polskiego, który ostał się jeszcze w szkole pruskiej tylko w nauczaniu religii, wybuchła spontanicznie wśród dzieci polskich w już w 1883 roku w Jarocinie, podczas powiatowej konferencji nauczycieli, kiedy to uczniowie samorzutnie odmówili odpowiedzi w języku niemieckim w czasie pokazowej lekcji religii. Sprawa zakończyła się ich zwycięstwem, inspektor bowiem w tej kompromitującej sytuacji polecił przerwać lekcję, a czas wypełnić referatem jednego z nauczycieli. Dwukrotnie do strajku doszło również w Osiecznej, w latach 1890-1892. Dopiero jednak wydarzenia wrzesińskie nabrały szerszego rozgłosu.
Września była miasteczkiem, liczącym w 1900 roku 5535 mieszkańców. Większość
ludności stanowili Polacy (ok. 75%). Wśród mieszkańców przeważała biedota.
Żywioł niemiecki w powiecie wrzesińskim był stosunkowo słaby, w momencie
największego nasilenia nie przekraczał kilkunastu procent ogółu ludności. Posiadał
jednak znaczny wpływ na życie gospodarcze. "Do jego wzmocnienia we Wrześni
przyczynił się także stacjonujący tu od 1902 r. 3 batalion 46 pułku piechoty.
Rzekomą niemieckość miasta próbowano podkreślić przez wybudowanie w 1913 r.
okazałego pomnika z nazwiskami żołnierzy poległych w wojnach z lat 1864, 1866 i
1870"[4] - zauważa J.Deresiewicz.
Wśród patriotycznej ludności polskiej Wrześni żywa była tradycja bohaterskich
walk powstańczych w czasie Wiosny Ludów w 1848 r. pod Miłosławiem i pobliskim
Sokołowem. Od 1901 miejscem częstych manifestacji było pole bitwy sokołowskiej, gdzie
stał pamiątkowy obelisk. Każdego roku, w dniu 2 maja udawali się starsi i młodzież
Wrześni pochodem pod pomnik poległych powstańców. "Patriotyzm i duch oporu
wzrastał wśród polskiego społeczeństwa Wrześni równolegle do postępującego
nacisku germanizacyjnego".[5]
Ludność składała hołd "cieniom poległych bohaterów i ślubowała wierność
dozgonną".[6] Żandarmi pruscy niejednokrotnie rozpędzali z tego miejsca manifestantów. Władze pruskie
zdawały sobie bowiem sprawę z faktu, że jednym z najniebezpieczniejszych wrogów
Niemiec była zawsze polska tradycja narodowa. Jak długo ona żyła, żył naród.
W lecie 1900
roku regencja poznańska wydała okólnik, który nakazywał wprowadzenie z nowym
rokiem szkolnym 1901 języka niemieckiego do nauczania religii i śpiewu kościelnego tam,
gdzie dzieci opanowały dostatecznie ten język. W uzasadnieniu stwierdzono, iż język
niemiecki od dłuższego czasu jest językiem wykładowym i dzieci polskie biegle się nim
posługują; nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby wprowadzić naukę religii po
niemiecku na średnim i wyższym stopniu szkoły elementarnej. W praktyce nauczyciele
niemieccy przystąpili do rugowania języka polskiego w nauczaniu religii i przy śpiewie
kościelnym w szkołach, gdyż świadczyć to miało wobec władz o dobrych wynikach
nauczania języka niemieckiego. Za swoją działalność zdemoralizowani, sadystyczni
nauczyciele niemieccy, stosujący bat i karcer, wysługiwali sobie specjalny "dodatek
wschodni do pensji"[7], otrzymywany od rządu; skłaniało ich to do wcielania w
życie wszelkich środków, zmierzających do podniesienia wyników nauczania w tym
języku.
Naukę
"niemieckiej religii"[8] zaplanowano wprowadzić z początkiem nowego roku szkolnego
1901/1902 (zaczynał się on wówczas 1 IV) do dwóch najwyższych klas (I i II) szkoły
podstawowej. Przewidując opór dzieci i rodziców postanowili Niemcy chwycić się
radykalnych sposobów: "wepchnąć w ręce dziatwy katechizmy niemieckie, zakupione
na koszt rządu".[9] "Należało wręczyć dziatwie nowe katechizmy i
wyjaśnić jej, że od tego czasu będzie mogła korzystać z nauki religii wyłącznie w
języku niemieckim, skoro tekst ofiarowanych jej książek w niczem nie sprzeciwia się
dogmatom Kościoła katolickiego".[10]
Poczynania władz pruskich T.Staniewski ujął w sposób następujący: "Ażeby
to przejście ułatwić, należy wszystkim biedniejszym uczniom dostarczyć
podręczników potrzebnych do niemieckiej nauki religii ze szkolnego funduszu kar.
Odnośnym zaś nauczycielom winien rektor udzielić odpowiednich instrukcji dopiero po
zakończeniu bieżącego roku szkolnego, a do tego czasu całą sprawę traktować jako
poufną".[11]
Z powyższego zarządzenia jasno wynika, że niemieckie władze szkolne obawiały
się wzburzenia ludności polskiej.
W marcu 1901 r. rektor katolickiej szkoły ludowej we Wrześni otrzymał poufne
zarządzenie prezesa rejencji w Poznaniu, że od nowego roku szkolnego religii należy
uczyć po niemiecku. 1 kwietnia tegoż roku zaczęto więc w miejscowej szkole
podstawowej udzielać nauki religii i śpiewu kościelnego w klasach I, II a i II b w
języku znienawidzonego zaborcy. Lekcje prowadził nauczyciel Scholzchen, kat dzieci
wrzesińskich, hakatysta, którego metoda pedagogiczna polegała na budzeniu strachu i
używaniu kija. Podręczniki religii w języku niemieckim nie pojawiły się na czas. Gdy
wreszcie nadeszły, zaskoczenie i zakłopotanie nauczycieli było ogromne - dzieci
stanowczo oparły się przyjęciu ofiarowanych im katechizmów. "Oto dziatwa szkolna,
nieletni chłopcy i dziewczęta, wypowiedzieli śmiało wojnę systemowi germanizacyjnemu
i duchowi państwowości pruskiej z cesarzem Wilhelmem na czele".[12] Uczniowie
albo odmówili przyjęcia książek, albo, w porozumieniu z rodzicami, oddali je
następnego dnia. Jedna z uczennic, Bronisława Śmidowiczówna, zwracając
nauczycielowi niemiecki katechizm trzymała go przez fartuszek, aby nie splamić sobie
rąk. Ten wymowny protest dziecka wywołał szał wściekłości u nauczycieli. Na
tym jednak sprawa się nie zakończyła. Dzieci w porozumieniu z rodzicami
zastosowały bierny opór, odmawiając udzielania odpowiedzi w języku niemieckim na
lekcjach religii. Zdecydowanie i determinacja młodych Polaków była tak wielka, że
nawet ucznia Niemca-katolika za odebranie podręcznika i odpowiadanie w języku zaborcy
obrzucano wyzwiskami.
Aby podnieść autorytet szkoły pruskiej i przełamać opór uczniów, pedagodzy
niemieccy uciekli się do przemocy fizycznej i represji. Wobec dzieci zastosowano areszt,
trwający niekiedy kilka godzin.; dwukrotnie - 2 i 13 maja - zastosowano karę chłosty
w obecności świadków, uzasadniając ją naruszeniem dyscypliny i uważając za
zgodną z przepisami. Jednak liczba opornych dzieci ( i rodziców) rosła. Głównymi
opotentami, młodymi przywódcami oporu w szkole wrzesińskiej byli
Stanisław Jerszyński i wspomniana wcześniej Śmidowiczówna, najodważniejsi i
najbardziej zdecydowani, którzy - podobnie jak inni - nie ulegli namowom nauczycieli ani
inspektora szkolnego, Wintera. Ich też najdotkliwiej pobito. Wszystko to wywołało
rosnące oburzenie społeczeństwa. Władze szkolne starały się nadać sprawie charakter
polityczny, uważając, że opór dzieci był wynikiem agitacji ze strony rodziców.
Wobec napiętej sytuacji, aby
poprzeć stanowisko dzieci, 15 maja odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym do
zebranej publiczności przemawiali wybitni politycy oraz posłowie polscy do sejmu
pruskiego (m. in. dr Zygmunt Dziembowski - późniejszy obrońca ofiar wrzesińskich,
Józef Głębocki i Antoni Stychel). Ich wystąpienie było jednak niezwykle ostrożne,
zachęcali mieszkańców do legalnej obrony przeciw niesprawiedliwości, nawoływali do
umiarkowania. Wspólnie uchwalono uroczysty protest, skierowany do władz naczelnych w
państwie.
Tymczasem szkoła nie umiała opanować zaistniałej sytuacji. Niemieccy pedagodzy
nie mieli żadnego autorytetu z powodu mało przykładnego życia prywatnego.
Nauczyciel Feliks Koralewski mawiał o sobie: "Jestem pochodzenia polskiego,
dziś jednak jestem Niemcem i uważam się za Niemca".[13] Cieszył się
on zaufaniem władz "za owocne krzewienie języka niemieckiego".[14] Jako renegat
i służalec był wyjątkowo znienawidzony przez ludność polską. Oskar Pohl. - Niemiec
z zachodu, na pozór bezstronny nauczyciel, nie tylko srogo obchodził się z dziećmi,
ale donosił do władz, że jakoby zaprowadzone w prowincji poznańskiej niemieckie
pozdrowienie "Niech będzie pochwalony..." dzieci celowo powtarzają w języku
polskim i proponował je za to ukarać. Żadnego poważania nie posiadał również
najokrutniejszy kat dzieci wrzesińskich, August Wenzel, alkoholik.
Początkowo nauczyciele niemieccy próbowali
perswazji. I tak Koralewski przekonywał żonę tercjana szkoły - Gadzińską, że
katechizm niemiecki opatrzony jest pieczęcią arcybiskupa, z czego wynika, że
popiera on i pochwala działania i rozporządzenia władz pruskich. Rektor Fedke
usiłował wmówić dzieciom, że są Niemcami i że powinny być z tego dumne.
Wówczas jedna z dziewcząt oświadczyła: "Jesteśmy tylko poddanymi Rzeszy
niemieckiej, ale jesteśmy Polakami".[15] Inny uczeń,
Bronisław Klimas, zapytany na lekcji, jaka jest barwa narodowa, odpowiedział bez
wahania: "Nasza barwa narodowa jest biała i czerwona, a pruska biała i
czarna".[16]
Na pytania nauczycieli niemieckich, dlaczego nie chcą odpowiadać na lekcjach
religii w języku niemieckim, uczniowie mówili: "Jesteśmy Polakami i nie
będziemy odpowiadać w języku niemieckim na lekcjach religii".[17] Nauczyciele
wrzesińscy spodziewali się przez swoją działalność germanizacyjną zdobyć awanse i
nagrody pieniężne, które już nieraz otrzymywali. Wyrazem zaś ich pewności siebie
niech będą słowa pruskiego kierownika szkoły w Małych Bartodziejach pod Bydgoszczą,
który zapisał w kronice szkolnej w roku 1902, z niezwykłą butą i
chełpliwością: "My, Niemcy, nie boimy się nikogo w świecie, a więc i
Polaków".[18]
Częstym gościem w szkole wrzesińskiej był inspektor szkolny, dr Winter. Różnymi
argumentami pragnął on złamać wiarę w słuszność sprawy, której służyły dzieci.
Często pytał je: "Kim jesteście?" Odpowiedź była niezmiennie taka sama -
"Jesteśmy Polakami".[19] Próbował on przekonać uczniów, że powinno im
być obojętne, czy mówią po polsku czy po niemiecku. Ci natychmiast zbili
twierdzenie inspektora pytaniem: "Dlaczego w takim razie dzieci niemieckie nie uczą
się języka polskiego?".[20] Jedna z dziewcząt powtórzyła argument zasłyszany w
domu: "Przecież kanclerz Bulow powiedział, że każdy ptak powinien
tak śpiewać, jak mu dziób urósł, a nam urósł polski, więc chcemy śpiewać po
polsku".[21] Pewnego dnia doszło do awantury na lekcji śpiewu,
kiedy dzieci zamiast śpiewać Preusse, śpiewały
Pole. Posypały się kary cielesne. Kiedy
indziej nauczyciel usłyszał, że podczas przerwy uczniowie rozmawiają po polsku.
Zbliżył się do nich i powiedział: "Możecie rozmawiać po francusku, angielsku,
nawet po chińsku, tylko nie po polsku".[22] Widząc
opór dzieci, pedagodzy niemieccy pytali: "Czy myślicie, że Polska będzie?".[23] Odpowiedź
brzmiała: "Polska była i będzie".[24]
W sytuacji bez wyjścia, na skutek nieprzejednanego stanowiska uczniów oraz
w obawie, aby strajk szkolny nie rozszerzył się na inne miejscowości, władze
szkolne postanowiły przemocą złamać opór. Do masowej egzekucji opornych dzieci
doszło w szkole wrzesińskiej 20 maja 1901r., kiedy to o godzinie 10 przybył,
zawiadomiony przez rektora Fedtke`go, inspektor szkolny - Winter. 26 uczniów zatrzymano w
areszcie i kazano im nauczyć się po niemiecku pieśni Kto się w opiekę. Kilkoro z nich uległo i
zostało wypuszczonych. Reszta w liczbie czternaściorga trwała w dalszym oporze.
Wówczas Winter zarządził jeszcze surowszą karę chłosty - każde z dzieci miało
wedle polecenia inspektora otrzymać cztery do ośmiu uderzeń: "dziewczęta po
rękach, chłopcy po siedzeniu"[25] - jak stwierdzał późniejszy oficjalny protokół. Cały
ceremoniał przygotowany został z iście pruską pedanterią i dokładnością.
Wykonawcą zaś kary był najsilniejszy, najbardziej krzepki z nauczycieli - Scholzchen;
obecny był także F.Koralewski. Gdy jedno z dzieci katowano, wołało przez łzy:
"Jeszcze Polska nie zginęła".[26]
Pruskie metody wychowawcze w szkole wrzesińskiej opisała uczestniczka pierwszego
strajku szkolnego, Bronisława Śmidowicz-Matuszewska: "Chłostę stosowano
częściowo. Jeżeli uczeń po kilkakrotnym zapytaniu nie odpowiadał, otrzymał trzy
`łapy`. Po czym czyniono różne obietnice co do przyszłości dzieci. Gdy i to nie
pomogło, grożono karami. W końcu zadawano jeszcze raz pytania i jeżeli dziecko i
tym razem nie odpowiadało, otrzymywało jeszcze raz trzy `łapy` i to takie, od których
skóra pękała na dłoni. Po wymierzeniu kary puszczano dzieci zbite, cieleśnie i
moralnie zmaltretowane do domu. Podziwu godzien był ten hart ducha u dzieci w wieku od 12
do 14 lat".[27]
Głośne krzyki i lamenty dobiegające z wewnątrz zgromadziły pod budynkiem szkoły
tłum, liczący około tysiąca osób. Na ulicy zrobiło się zbiegowisko, ludzie wznosili
okrzyki, padały pogróżki pod adresem nauczycieli-katów. Wzburzenie wzrosło, gdy
zmaltretowane dzieci pojawiły się z wielkim płaczem na ulicy. Nauczyciele doradzali
Winterowi, aby tylnym wyjściem opuścił budynek szkoły. Ten jednak czuł się
"osobliwie powołanym wytrwać mężnie na zajętym przez się posterunku i stoczyć
bój w obronie honoru zagrożonej niemieckiej władzy".[28]
Napór tłumu na szkołę nadal wzmagał się, rzucano nawet kamieniami, wreszcie
przemocą otwarto drzwi i 12-14 osób wdarło się do środka, gdzie doszło do ostrej
wymiany zdań, wyzwisk i pogróżek. Rodzice zażądali zaprzestania bicia. Mimo to Winter
polecił kontynuować chłostę. Postawa zgromadzonych była coraz groźniejsza, wobec
czego zmuszony został do przerwania kary. Jedna z matek wołała: "Wolę widzieć
moje dziecko martwe, niżby miało uczyć się religii w języku niemieckim".[29]
Najbardziej bojowa okazała się żona miejscowego murarza, Nepomucyna Piasecka,
główna oskarżona w późniejszym procesie, która czynnie znieważyła Koralewskiego
"drewniakami", zadając mu dotkliwy cios w głowę. Piekarz Śmidowicz -
powszechnie szanowany obywatel, którego córka brała udział w zajściach, był
nastrojony wobec władz duchem pojednania; próbował on odegrać rolę pośrednika i
zaproponował kompromisowe rozstrzygnięcie sprawy. Niestety, jego misja zakończyła się
fiaskiem - Winter rozkazał mu natychmiast opuścić szkołę, sam zaś, w obawie rewolty
udał się w towarzystwie nauczyciela Pohla na policję. Powrócił z sierżantem
Kozłowiczem. Policjanci i żandarmi siłą usunęli z gmachu manifestantów,
inspektor zaś kazał jeszcze wymierzyć karę chłosty dalszym dwóm chłopcom i
wypuścić ich tylnym wyjściem z budynku szkolnego.
Nagły deszcz zmusił zgromadzonych pod szkołą do rozejścia się. Jednak po ulewie
nawet wzmocnione patrole żandarmerii, krążące po mieście, nie zdołały zapobiec
nowemu zbiegowisku. Gdy około czternastej landrat Massenbach razem z Winterem szedł w
kierunku budynku szkolnego, ulica znów pełna była ludzi. Stali na chodnikach, w bramach
i drzwiach. Starosta polecił żandarmom, aby interweniowali tylko w szczególnie
jaskrawych wypadkach pogwałcenia spokoju publicznego, nie uciekając się do używania
broni. Tłum tymczasem przybrał groźną postawę nawet wobec landrata. Czekano
na nauczycieli, którzy prowadzili naukę popołudniową. Do nowej manifestacji
doszło, gdy ukazali się przed budynkiem Koralewski, Wentzel i Scholzchen. Zostali
oni zasypani gradem przekleństw, gróźb, pogróżek i złośliwych dowcipów
tłumu. Obok wyzwisk pod adresem nauczycieli, padały okrzyki o charakterze
politycznym: "Jest nas jeszcze dosyć Polaków, tak łatwo nie dacie sobie z nami
rady", "Jeszcze Polska nie zginęła", "Niech żyje Polska".[30]
Upłynęło wiele godzin, nim żandarmom udało się doprowadzić do rozejścia się
manifestantów. Przy okazji notowali sobie nazwiska przywódców i najbardziej agresywnych
demonstrantów. Około 17 część ludzi zaczęła się rozchodzić do domów, a to za
sprawą proboszcza M.Łabędzkiego i wikarego J.Laskowskiego, którzy zjawili się przed
szkołą. Ten ostatni wystosował do nauczycieli wrzesińskich list otwarty,
wzywając ich do zmiany stanowiska. Landrat ściągnął na pomoc trzech żandarmów z
pobliskiego Miłosławia. Po mieście krążyły patrole policyjne. Mieszkania
Koralewskiego strzegła w dzień i w nocy policja i żandarmeria niemiecka. Mimo takiej
ochrony wieczorem wybito cegłą szyby w oknach jego domu.
Do ponownej demonstracji przed szkołą doszło 21 maja. W południe przybrała ona
podobne rozmiary, jak dnia poprzedniego.
Były to dwa wielce burzliwe dni we Wrześni. Żandarmi musieli towarzyszyć
nauczycielom na ulicach, aby ich uchronić przed zemstą. Wzburzenie w mieście
utrzymywało się nadal, również strajk uczniów nie ustawał, ale się wzmagał.
Największe nasilenie akcji we Wrześni przypadło na miesiące zimowe roku szkolnego
1901-1902, kiedy to opór przybrał wręcz charakter manifestacji narodowej. Strajkujący
dokuczali tym, którzy odpowiadali w języku niemieckim lub opuszczali szeregi
strajkujących. Awanturą zakończyły się, zorganizowane przez Prusaków, obchody
rocznicy zwycięstwa nad Francuzami pod Sedanem (2 września), podobnie jak uroczystość
zakończenia roku szkolnego w marcu 1902 roku, kiedy to uczniowie odmówili
odśpiewania dziękczynnej kantaty.
W okresie największego nasilenia strajkowało 158 uczniów i uczennic.
W maju 1902 roku liczba ta spadła do 118 osób, po feriach letnich, w
sierpniu - ponownie wzrosła. Na Wielkanoc nie zwolniono ze szkoły 39 uczniów i
uczennic, tych najwytrwalszych. Najszybciej załamywali się ci, których rodzice byli
zależni od łaski rządu; władze śledziły tych rodziców i przedstawiały im
opłakane następstwa oporu dzieci. Do chwili stłumienia strajku - stosowano karcer i
kary cielesne. Podczas ich wymierzania, niekiedy za bardzo drobne, błahe, śmieszne
wręcz przewinienia, dzieci nie zachowywały się spokojnie - głośno tupały nogami,
biły pięściami w pulpity ławek, podnosiły głośne krzyki i gwizdały.
Strajk trwał jeszcze przez rok 1903. Najbardziej zacięci i wytrwali
uczniowie strajkowali do początku 1904 roku. Najdłużej w oporze wytrwała
Stefania Śmidowiczówna, młodsza
siostra wspomnianej wcześniej Bronisławy. Dopiero na początku roku
szkolnego 1904/1905 władze szkolne we Wrześni mogły donieść Pruskiemu Kolegium
Szkolnemu w Poznaniu o całkowitym wygaśnięciu strajku szkolnego.
Pierwsza wiadomość o wypadkach w mieście dotarła do redakcji
"Dziennika Kujawskiego". Jego redaktor naczelny, Wierzbiński, zdawał
sobie sprawę - podobnie jak współpracownicy - że nad tym wydarzeniem nie można
przejść do porządku dziennego. Długo i dokładnie omawiano plan kampanii, która
miała rozpocząć się niezwłocznie. Należało możliwie szybko nadać rozgłos
wydarzeniom wrzesińskim, nie bacząc na grożące sankcje karne. Wierzbiński myślał o
autorze tej relacji. "Ów człowiek, ryzykując własną egzystencję, nie zawahał
się przekazać wiadomości o tym pierwszym i jedynym w swoim rodzaju strajku
szkolnym, o walce, którą podjęły bezbronne dzieci stając naprzeciw niemieckiej
przemocy".[31] Nazwisko i osoba korespondenta "Dziennika
Kujawskiego" z konieczności musiała pozostać w cieniu. Znacznie
później dopiero wyszło na jaw, że był nim nauczyciel wrzesiński - Polak, Bronisław
Gardo.
Niemcy rozumieli taktykę Polaków - nie chcieli dolewać oliwy do ognia i wkładać
broni w ręce przeciwnika. Opór spodziewano się złamać stopniowo i systematycznie.
Niemniej jednak władze pruskie podjęły odpowiednie czynności w celu ukarania winnych.
Szykanowano dzieci, nie zwalniając ich na czas ze szkoły, prześladowano rodziców,
nakładając na nich większe podatki szkolne oraz grzywny pieniężne, wymierzano osobne
kary za tzw. "żmudy szkolne"[32], czyli nieobecności na lekcjach.
Szczególnie dotkliwą karą było przedłużanie obowiązku szkolnego uczniów.
Odczuły ją zwłaszcza rodziny niezamożne. Szkolne władze pruskie bowiem, zaskoczone
wypadkami z 20 maja wydały instrukcję inspektorom okręgowym we Wrześni i w
Miłosławiu. Brzmiała ona: "Rodzicom dzieci, które opierają się nauce
niemieckiej religii, a mają prawo po ukończeniu 14 roku życia opuścić szkołę
należy oznajmić, że obowiązkowa nauka szkolna zostaje im przedłużona o rok cały,
zaś groźbę takową należy, gdyby nie osiągnęła należytego skutku, w czyn
zamienić".[33] Rozkaz uzasadniano tym, że dzieci stawiając opór wykazują brak
dojrzałości narodowej, a w głównych przedmiotach nauczania nie zdołały uzyskać
dostatecznego pensum wiedzy. Powyższe dotyczyło konkretnych przypadków, nawet
przeniesienia ucznia do niższej klasy. Swoją groźbę władze pruskie spełniły z
całą bezwzględnością - u schyłku roku szkolnego odmówiono 39 dzieciom, które
ukończyły 14 rok życia, zezwolenia na opuszczenie szkoły i utworzono
dla nich specjalną klasę IB. Dopiero pół roku później, chcąc wreszcie
zakończyć strajk, uczniów tych zwolniono. Ponadto dzieci biorące udział w strajku
opuszczały szkołę ze swego rodzaju piętnem na świadectwie, na którym
zaznaczono ich udział w wystąpieniu bezpośrednio przy stopniu ze sprawowania,
bądź też w rubryce "uwagi szczególne". Najbardziej oporni i wytrwali
otrzymali oceny niedostateczne z religii.
Władze szkolne sięgały również do innych
środków. Od 1 stycznia 1902 r. zwiększono ilość etatów nauczycielskich; zatrudniono
siedmiu nowych nauczycieli, zwanych "karnymi" czy "strajkowymi",
których od razu otoczyła pogarda i niechęć całego miasta. Władze wybudowały dla
nowych pedagogów drewniany barak, rzecz jasna, kosztami obciążając gminę.
Dodatkowo na początku roku szkolnego 1902/1903 przydzielony został rektorowi
szkolnemu osobny żandarm, którego obowiązkiem było doprowadzenie siłą do szkoły
opierających się uczniów, nie zwolnionych za udział w strajku. Od wiosny zaś
podzielono dzieci na "oporne" i "posłuszne", tworząc osobne
oddziały dla strajkujących. Odsiadywali oni 8 godzin aresztu tygodniowo - 4 godziny
przed południem i 4 godziny po południu.
Ale i rodzice strajkujących dzieci nie pozostali bierni. Składali do władz szkolnych
liczne zażalenia na nauczycieli, którzy szczególnie zawzięcie katowali młodych
Polaków. Inną formą protestu było przenoszenie dzieci do szkół elementarnych w
innych miejscowościach, gdzie byli nauczyciele polscy i nauczano religii w języku
ojczystym. W ogóle zauważyć wypada, że ludność polska nie pozostała bierna wobec
poczynań germanizacyjnych. Społeczeństwo polskie w obronie zagrożonej narodowości
przeciwstawiało się czynnie zaborcy i prowadziło solidarną walkę z próbami odebrania
mu własnego języka i kultury. Atmosfera patriotyczna domu rodzinnego udzielała
się dzieciom i młodzieży polskiej. Rodzice umacniali swoje pociechy w oporze,
wykazywali czynną postawę wobec wydarzeń w pruskiej szkole. W latach pierwszego i
drugiego strajku szkolnego obserwuje się szczególne ożywienie życia narodowego,
nawiązywanie do postępowych i rewolucyjnych tradycji narodu polskiego. Starsze
społeczeństwo przystąpiło do organizowania tajnego, masowego nauczania języka
polskiego, historii i geografii własnego kraju oraz literatury polskiej i pieśni
polskich. Rocznice narodowe obchodzono śpiewając pieśni patriotyczne, np. w Pleszewie
"Święta miłości kochanej ojczyzny"; w Miłosławiu popularne były
pieśni z okresu Wiosny Ludów 1848 roku. Legitymacją polskości stał się strój
ludowy, przywdziewany przez młodzież w czasie strajku. Noszono także orzełki
polskie jako widomy znak buntu przeciw uciskowi germanizacyjnemu.
Obawy Niemców, że za przykładem dzieci wrzesińskich zastrajkują ich rówieśnicy
w sąsiednich miejscowościach i że w ten sposób Polacy przysporzą narodowi
pruskiemu kłopotów, dezorganizując cały jego system germanizacyjny, sprawdziły się.
Sprawa Wrześni odbiła się bowiem głośnym echem w pobliskim Miłosławiu, gdzie
uczniowie poszli solidarnie za przykładem swych kolegów. Dnia 14 czerwca 1901 r. 14
dzieci odmówiło w tamtejszej szkole odpowiadania w języku niemieckim na lekcjach
religii. Mimo brutalnych kar cielesnych i szykan, wzrastała stale liczba
strajkujących. Protest przeciągnął się na rok szkolny 1903-1904.
Podobne akcje miały miejsce w innych miejscowościach powiatu wrzesińskiego -
w Marzeninie i Bieganowie.
Strajkujące dzieci wrzesińskie wysyłały do dzieci szkolnych w innych
miejscowościach pocztówki wykonane przez miejscowego fotografa, Szymona Furmanka,
zachęcając do strajku i walki o te ostatnie, nieliczne godziny zajęć szkolnych z
językiem wykładowym polskim, przeciwko nauczaniu religii w języku znienawidzonego
zaborcy. Jedna z takich kartek z napisem: "Dzieci pleszewskie! Czy zostawicie
nas samych? Nie wolno nam się uczyć religii po niemiecku!"[34], spowodowała
wybuch strajku w szkole podstawowej w Pleszewie.
Sprawa wrzesińska i zorganizowana propaganda doprowadziły do wybuchu strajku
szkolnego w 11 zakładach naukowych Królestwa Polskiego w roku 1902. "Młodzież
przystąpiła do walki o język ojczysty, o naturalne prawa swej narodowości".[35] O ile jednak
akcja obrony języka polskiego w szkole pruskiej była samorzutna, inicjatywa oporu
wyszła od samych dzieci i rodziców, strajkiem zaś nie kierowało żadne
stronnictwo polityczne ani organizacja, o tyle w Królestwie Polskim akcja
młodzieży gimnazjalnej przygotowana została przez organizację akademicką i nie miała
poparcia społeczeństwa; szybko też się zakończyła i miała zasadniczo charakter
demonstracji.
Ta pierwsza fala otwartego i gwałtownego buntu przeciwko zamachowi pruskich
germanizatorów na ostatnie resztki słowa polskiego w szkole, stłumiona została po
długiej walce, po wielu całorocznych represjach. Ale wrzenie nadal nie przestawało
nurtować ziem W.Ks.Poznańskiego. W roku 1905 wybuchł tam ponownie strajk szkolny,
ogarniając prawie osiemset szkół regencji poznańskiej i sąsiadującej z nią
bydgoskiej. Natomiast na lata
1906-1907 przypadła druga fala strajku szkolnego. Początek dała jej 24 czerwca 1906
roku szkoła powszechna w Miłosławiu. Akcja strajkowa objęła jednak tylko szkoły w
małych miasteczkach prowincjonalnych i na wsiach. W większych miastach nie wzięły w
niej udziału te klasy szkolne, do których uczęszczały dzieci polskiej burżuazji;
była ona przestraszona i nie chciała narazić się Niemcom. Rodzice ci masowo
odbierali swoje pociechy ze szkół i wysyłali je na dalszą edukację do Galicji.
Czynny udział w strajku wzięły dzieci robotników folwarcznych, biedoty wiejskiej
i miejskiej oraz mało- i średniorolnych chłopów. W okresie największego
nasilenia strajku uczestniczyło w nim 75 tysięcy uczniów. Najostrzej przebiegał i
najpowszechniejszy charakter miał protest w powiatach nadgranicznych, poddanych
najsilniejszemu naporowi niemczyzny (np. powiat czarnkowski). Strajk ten był ostatnim
wielkim wystąpieniem szerokich mas ludowych przed I wojną światową.
Zwycięstwo pruskich władz szkolnych nad dziećmi polskimi było tylko pozorne.
Wprawdzie opór został zduszony, ale długo nie przebrzmiało jego echo i nie milkły
wspomnienia. Zaborcy niemieccy doceniali w pełni znaczenie moralne tego długotrwałego
wystąpienia. Dobrze wiedzieli, że Września to jeden z wielu przejawów walki ludu o
polskość. Wiedział to równie doskonale kanclerz Bulow i cesarz Wilhelm, który
wyraźnie podkreślał, że "sprawa wrzesińska nie wiąże się z jakimkolwiek
prześladowaniem religijnym, że nie ma mowy o żadnej ,wojnie wyznaniowej na wschodzie'
".[36]
Niemcy zdawali sobie sprawę zarówno z narodowościowego, jak społecznego podłoża
wydarzeń.
Istotnie - walka o język polski w szkole pruskiej nie była obroną religii i Kościoła,
lecz "...zrywem patriotycznym, odruchem przeciw polityce germanizacyjnej zaborcy
pruskiego, walką w obronie narodowości"[37]; była jednym z przejawów walki narodowej.
Chodziło w niej nie o katechizm, nie o formułki podręcznikowe, słowa
pacierza czy historię biblijną, lecz o mowę polską. "O mowę, które
wygnana ze szkoły trwa w domach, w pieśniach, w pamięci i w sercu. O polską
mowę, w której dzieci usłyszały od matki pierwsze słowa miłości, o mowę,
wypieraną krok za krokiem, a wciąż przecie żywą, bliską, najdroższą!".[38]
O takim właśnie rozumieniu idei protestu dzieci i rodziców świadczą przypadki
niszczenia portretów znienawidzonych dostojników państwowych, godeł oraz wzbranianie
się przed udziałem w szkolnych świętach państwowych.
Ten żywiołowy opór dzieci i rodziców w obronie resztek języka polskiego
w W.Ks.Poznańskim podporządkowały sobie klasy posiadające wykorzystując tę
okoliczność, że walka owa w szkole pruskiej związana była z nauczaniem religii. W
prasie całą sprawę przedstawiano jako walkę za wiarę a nie za narodowość.
Wiadomości o strajku szkolnym zamieszczano więc w rubryce "Walka o religię".
Przy okazji strajku warto jeszcze poruszyć sprawę stosunku do niego duchowieństwa. Wiadomo,
że walka z językiem polskim w nauczaniu religii nie była walką z samą religią.
Papież i wyższe duchowieństwo polskie zachowali jednak powściągliwość w tej kwestii
z obawy, aby sprawa strajku szkolnego nie pociągnęła za sobą walki z religią i
duchowieństwem, podobnie jak w latach Kulturkampfu. Wyższa hierarchia kościelna,
wraz z arcybiskupem poznańskim stosowała politykę ustępstw i lojalności wobec rządu
pruskiego. Postawę taką określano wówczas mianem "polityki tumskiej"; była
ona zbieżna z polityką rządu pruskiego i polskich klas posiadających. Część
niższego duchowieństwa natomiast, która pochodziła z ludu, lepiej odczuwała jego
pragnienia i dążenia. Z tego też powodu solidaryzowała się z nim i stawała
po jego stronie w walce o zachowanie narodowości.
Różny stosunek niższego i wyższego duchowieństwa do strajku dzieci i wypadków
wrzesińskich obrazuje przykład księdza Jana Laskowskiego. Był on gorąco oddany
sprawie etycznego wychowania dzieci, opiekował się nimi na swojej poprzedniej placówce
- w Wieleniu, gdzie - jak podejrzewały władze pruskie - potajemnie nauczał języka
polskiego. Został za to ukarany wysoką grzywną i karnie przeniesiony do Wrześni. Nie
zaprzestał jednak swojej działalności. Nie omieszkał pójść za głosem serca i nadal
ratować dzieci polskie przed wynarodowieniem. Na wikarówce uczył je czytać i
przybliżał historię Polski. Umacniał on swoich podopiecznych w oporze, przez co
popadł w konflikt z proboszczem w Miłosławiu, ks. Kuleszą, ponieważ
ich stanowisko wobec strajku było zupełnie różne. Koralewski szpiegował księdza
i gromadził materiał oskarżycielski, zaś inspektor Winter tak pisał o Laskowskim w
swoim raporcie: "...do pewnego stopnia uświęcał opór, jaki dzieci okazały nauczycielom lub okazać miały, umocnił
dzieci w oporze przeciw prawom i władzy szkolnej. Wzmocnił zarazem przez to opór
rodziców przeciw wprowadzeniu i dalszemu wykładowi religii po niemiecku".[39]
Decyzją kurii arcybiskupiej (zmuszonej przez władze pruskie) ks. Laskowski musiał
opuścić Wrześnię; został przeniesiony do Konarzewa pod Poznaniem, gdzie później
objął probostwo. Rzecz znamienna - nie pozwolono mu nawet pożegnać się z wrzesińkimi
parafianami.
Rodzice dzieci wrzesińskich pociągnięci zostali do odpowiedzialności sądowej.
Wypadki opisane wyżej znalazły bowiem swój epilog w sądzie gnieźnieńskim.
Prokuratura w Gnieźnie w przyspieszonym tempie przygotowywała proces o zajścia we
Wrześni. Akt oskarżenia sporządzono już w czerwcu, proces natomiast odbył
się w dniach
14-16 i 19 listopada 1901 roku w mieście, będącym kolebką państwa
polskiego. Na ławie oskarżonych zasiadło 25 osób. W tej grupie znalazło
się 14 robotników i rzemieślników, 4 małoletnich i 7 kobiet (żon robotników i
rzemieślników). Wszyscy oni zostali zatrzymani zaraz na miejscu manifestacji lub też
wskazani przez nauczyciela Koralewskiego, inspektora Wintera i żandarmów. Większość
odpowiadała z wolnej stopy. Byli jednak i tacy, których doprowadzono z więzienia.
Przy ustalaniu stanu majątkowego oskarżonych z rzadka padało określenie:
"nieszczególny". Najczęściej z wymowną monotonią powtarzało się
słowo "bieda".
Podsądnych oskarżono o to, że w dniu 20 maja 1901 roku "brali udział w
publicznym zbiegowisku, na którym postanowiono za pomocą gwałtów i gróźb zmusić
władze lub urzędników (...) do zaniechania czynności urzędowej; że ciż sami
brali udział w tłumnym zbiegowisku, na którym przez rzucanie kamieni i uderzenia kijami
dopuszczono się czynów gwałtownych na rzeczach, w szczególności na budynku szkoły
ludowej katolickiej we Wrześni (...) a także przez włażenie na parkan szkolny w
sposób niewłaściwy wywołali hałas i zakłócenie porządku i spokoju
publicznego..."[40] Każdy punkt aktu oskarżenia podbudowany był paragrafami
kodeksu karnego. Przedłożono dowody urzędowe i świadectwa ekspertyz, dokonanych
bezpośrednio po zajściach. Jednak wśród dowodów
rzeczowych zabrakło trzciny i kija, czyli narzędzi egzekucji. Ponadto na salę nie
wpuszczono uczniów skatowanych tamtego dnia.
Sam proces od początku wzbudził szerokie zainteresowanie. Licznie stawili się nań
przedstawiciele prasy. Sądowi przewodniczył sędzia Kah, oskarżał prokurator Lange.
Obrońcami byli doktor Woliński i doktor Dziembowski-Pomian z Poznania oraz adwokat Turk
z Gniezna. Jako rzeczoznawcy występowali lekarze: Krzyżagórski i Micjaelson. W
charakterze świadków natomiast wezwano m. in.: Wintera, Koralewskiego, Scholtzchena,
Pohla, ponadto wikarego Laskowskiego, policjanta Kozłowicza i kilka osób z Kaczanowa,
gdzie poprzednio mieszkał Koralewski. Obecny był również landrat Wrześni.
Sąd dążył do jak najsurowszego ukarania ludzi, którzy w rzeczywistości nie
popełnili żadnego przestępstwa. W tym celu, na podstawie sprawozdań wrzesińskiego
starosty oraz policjantów i nauczycieli, skonstruowano akt oskarżenia, pociągając
do odpowiedzialności wszystkich odnotowanych przez policję wrześnian, nie
wchodząc bynajmniej w ocenę ich faktycznego przewinienia. W głośnych okrzykach:
"my jesteśmy Polakami", "nas jest wielu" widziano przejawy
"zbrodniczego działania przeciw władzy państwowej".[41] W tych
warunkach trudno byłoby mówić o jakimkolwiek obiektywizmie czy po prostu zdrowym
rozsądku stronniczo nastawionych sędziów.
Po odczytaniu tekstu oskarżenia sąd powoływał poszczególnych świadków, którzy
relacjonowali majowe wydarzenia we Wrześni. Podczas ich zeznań ciszę na sali
przerywały coraz częściej szmery oburzenia i wybuchy drwiącego śmiechu, szczególnie
wówczas, kiedy na pytania sądu odpowiadali nauczyciele wrzesińscy.
Następnie głos zabrali biegli - wolno praktykujący doktor Krzyżagórski i lekarz
okręgowy, doktor Michaelson. Pierwszy z nich oświadczył, iż 20 maja wydał czworgu
dzieciom świadectwa stwierdzające, iż przekroczone względem nich zostało prawo
chłosty i, że nie były one zdolne do pracy w szkole. Przyszła kolej na doktora
Michaelsona. Zeznania jego, w przeciwieństwie do spokojnych, dokładnie formułowanych
odpowiedzi poprzednika, były mętne i niejasne. Stwierdził on, że pamiętnego dnia nie
badał dzieci, nie może więc złożyć miarodajnego orzeczenia.
Uroczyście brzmiał tenor przemówień obrońców polskich. Nie chodziło im o
teatralne efekty; starali się nie tylko zmniejszyć winę oskarżonych, ale pragnęli
przed forum zebranej publiczności i reporterami wystąpić w roli rzecznika wielkiej
sprawy, usiłując poza areną sejmu pruskiego znaleźć drogę dla oddziaływania na
opinię publiczną. Szczególnie śmiało, z poczuciem słusznie bronionej sprawy
zwrócił się do zaprzysiężonych obrońca Woliński: "Wy, nasi panowie, jesteście
wysokimi urzędnikami państwa, które cieszy się najwyższym rozkwitem, a którego
potęga i sława promieniują daleko. Zważcie jednak, że w swej przeszłości państwo
to miało również smutne i ciężkie godziny. Gdybyście, moi panowie, żyli w tych
czasach, cobyście rzekli, jeśliby dzieci wasze zmuszano uczyć się w obcym,
niezrozumiałym języku wielkich prawd wiary, które mogą stać się dla nich
drogowskazami w życiu późniejszym?".[42] W zakończeniu swego przemówienia
powołał się na uchwałę Soboru Trydenckiego, który zaznaczał, że nauka religii ma
być podawana zrozumiale. W trakcie przemowy mecenasa Wolińskiego wyszło na jaw, że
poziom opanowania języka niemieckiego przez dzieci jest do tego stopnia
niewystarczający, iż nawet przewodniczący uznał za konieczne sprowadzenie
tłumacza. Tymczasem nauczyciele uważali, że jest on wystarczający, aby dzieci mogły
uczyć się w tym języku.
Obrońca przeszedł następnie do wywodów ogólnych, dotyczących kary chłosty
cielesnej, która stała się bezpośrednią przyczyną reakcji rodziców, w
konsekwencji prowadząc ich na ławę oskarżonych. Adwokat Dziembowski ostro
napiętnował wysoce niewłaściwy stosunek sprawozdawców prasy pruskiej do procesu. Tak
jak jego poprzednik, zaakcentował drastyczne przekroczenie prawa do udzielania kary i
okrucieństwo wobec bezbronnych dzieci. Podczas jego przemówienia niektórzy reporterzy
hakatystycznej prasy niemieckiej, nie czekając końca wywodów, opuścili
ostentacyjnie salę sądową.
Długie i porywające mowy obrońców, tchnące głębokim poczuciem prawa
i sprawiedliwości, nie tylko nie wzruszyły sumienia sędziów, ale podyktować
kazały srogie wyroki, uzasadniając je naruszeniem autonomii państwa wskutek
zakłócania porządku publicznego. Surowy wyrok miał na przyszłość odstraszyć prosty
lud a inteligencję uczynić moralną sprawczynią klęski, jaka spadła na oskarżonych.
Przyszła kolej na wystąpienia prokuratora Lange. Mówił on, że "znamieniem
zasadniczym wszystkich spraw, jakie występują w tym procesie, jest przeciwieństwo
zachodzące między Niemcami i Polakami. Państwo w tym zatargu musiało interweniować
i wziąwszy w obronę niemczyznę, odeprzeć polskość. Do środków obronnych
należało udzielanie nauki w języku niemieckim; opór skierowany przeciw nauce religii w
języku niemieckim powstał nie samorzutnie, ale wskutek wzmożonej agitacji; kary
cielesne były całkiem na miejscu, to też winny uchodzić jako pewien rodzaj
`czynności urzędowych`".[43]
Styl i stanowisko prokuratora dziwnie brzmiały w ustach szermierza sprawiedliwości,
który zamiast mówić o przekroczeniu ustawy, nadał całej sprawie tło czysto
polityczne. Podawał te same argumenty, co Bismarck czy Wilhelm II, odsłaniający swe
zaborcze zamiary wobec słowiańszczyzny. Cesarz nie zaniedbał zresztą użyć stosownej
aluzji do sprawy wrzesińskiej w swej sławnej mowie malborskiej: "I znów doszło do
tego, że polska buta chce ubliżyć niemczyźnie..." [44]
Każde słowo prokuratora potwierdzało prawdę, iż gra idzie o wysoką stawkę.
Nie o jeszcze jeden przedmiot, nie o taką czy inną lekcję, nie o religię,
ale o słowo polskie, o mowę polską. Oskarżyciel postawił wniosek o jak
najwyższe kary dla oskarżonych "za wszystkie czyny spełnione na ulicy przed
szkołą od godziny dwunastej w południe do piątej po południu".[45] Ponadto
zażądał, aby w każdym wypadku kary co najmniej rocznego więzienia natychmiast
aresztowano oskarżonych, odpowiadających dotąd z wolnej stopy.
Zdumienie i oburzenie publiczności narastało z każdą chwilą. Wysokość
proponowanych kar wzbudziła powszechną sensację. Poruszeni byli nawet uczciwi Niemcy,
których niemało znajdowało się na sali.
Pięć godzin czekano na ogłoszenie wyroku. Tuż przed godziną dwudziestą drugą
na sali sądowej rozległy się słowa: "Zostało stwierdzone, że
dwudziestego maja roku bieżącego popełniono we Wrześni ciężkie przestępstwa buntu i
zakłócenia spokoju krajowego oprócz innych ciężkich przewinień przeciwko prawu
karnemu...".[46] Sąd piętnował miasto i jego mieszkańców,
gromił skatowane dzieci, rodziców i wszystkich, którzy stanęli w ich obronie.
Wysokość kar przekroczyła wnioski, stawiane przez prokuratora. Z 25 osób tylko
4 zostały uwolnione. Łączna kara wymierzona przez sąd wynosiła 17 lat i 10
miesięcy więzienia, jeden rok domu poprawczego i sześć tygodni aresztu. Minimalny czas
kary wyniósł 2 miesiące aresztu, maksymalny, na jaki skazano Nepomucynę Piasecką, 2,5
roku więzienia.
Proces dobiegł końca. Stanowił on jednak dopiero drugi, wcale nie ostatni akt
dramatu dzieci wrzesińskich. Obrońcy skazanych wnieśli bowiem apelację od wyroku do
instancji wyższej, jaką stanowił Sąd Rzeszy, czyli Reichsgericht w Lipsku.
Przewidywano jednak, że odwołanie to niewiele pomoże i że kary będą utrzymane w
całej rozciągłości. Rozprawa apelacyjna w Lipsku odbyła się 12 kwietnia 1902 roku. Z
wyjątkiem jednej kary, wymierzonej Aleksandrowi Wiśniewskiemu, sąd zatwierdził
wszystkie inne postanowienia wyroku gnieźnieńskiego. Zyskały więc one całkowitą
prawomocność.
Trzeba jednak zauważyć, że tak wysokie wyroki nie wpłynęły wcale na spadek liczby
strajkujących we Wrześni, przeciwnie - wywołały ich wzrost. Sam zaś proces miał
duży rozgłos w społeczeństwie polskim. Wprawdzie oficjalni jego przedstawiciele wpadli
w ton minorowy, ogół jednak zajął się zorganizowaniem pomocy dla rodzin skazańców.
Zdołano zgromadzić na ten cel pokaźną sumę pieniędzy (o pomocy na rzecz oskarżonych
będzie mowa w dalszej części rozdziału).
Władze niemieckie nie zadowoliły się zemstą na pośrednich i bezpośrednich
sprawcach wypadków wrzesińskich, lecz z całą bezwzględnością ścigały tych
wszystkich, którzy mieli jakikolwiek udział w całej sprawie. I tak jednym z pierwszych
oskarżonych był lekarz L.Krzyżagórski, który wystawił 4 najbardziej skatowanych
dzieci świadectwo choroby, nie uznane zresztą przez szkołę. Poza tym przed sądem
ławniczym we Wrześni lekarz ów nazwał wymierzoną karę chłosty
"bijatyką", zaś nauczycieli i inspektora "bijakami". Doprowadziło
to do nowego procesu o obrazę urzędników, bowiem Winter, Scholzchen i Koralewski
poczuli się obrażeni. Do rozprawy doszło 8 lutego 1902 roku również przed sądem
w Gnieźnie, który jednak uwolnił polskiego lekarza od stawianych mu zarzutów
i nie ukarał go. Pomimo takiego finału, w samym akcie oskarżenia lekarza
społeczeństwo polskie trafnie dopatrywało się dalszego ciągu represji i wystąpień
antypolskich ze strony władz.
W końcu 1902 roku na ławie oskarżonych zasiadł fotograf z Wrześni,
Szymon Furmanek. Postawiono mu zarzut wykonania i rozpowszechniania fotografii osób
związanych ze sprawą wrzesińską. Istotnie, w związku z wypadkami majowymi w mieście
Furmanek sporządził trzy zdjęcia. Jedno przedstawiało chorą Piasecką w otoczeniu
pięciorga dzieci i matki staruszki, drugie - podobiznę Gadzińskiej, której zeznania w
toku procesu wywarły wielkie wrażenie na publiczności, a trzecie - piętnaścioro
dzieci szkolnych, pobitych przez wychowawców pruskiej szkoły. Z powodu licznych
zamówień w kraju i za granicą Furmanek zgodził się na wydanie zdjęć w formie
pocztówek. Rozchwytywano je nie tylko w Księstwie Poznańskim, ale także
w Galicji, na Śląsku, w Kongresówce. Przybywały również zamówienia z Rosji,
Francji, Anglii. Pocztówki wrzesińskie reprodukowano w prasie jako wymowny komentarz do
artykułów, sygnalizujących barbarzyństwo pruskich germanizatorów. Prokurator
dopatrzył się w nich "gloryfikacji przestępców" i "zachęcania" do
ich naśladowania. Sąd skazał Furmanka na 200 marek grzywny lub na 40 dni więzienia.
Mniejsze kary otrzymali: Marceli Piasecki za rozpowszechnianie fotografii i Kazimierz
Kaczmarek za ich przechowywanie.
Nie oszczędzono również sprzątaczki szkolnej Gadzińskiej. Posądzono ją i jej
syna, Adama, o otwieranie listów z urzędową korespondencją szkolną. Kierownik szkoły
i inspektor Winter posłużyli się przy tym prowokacją, w wyniku której kobietę
skazano na 6 tygodni więzienia i zwolniono z pracy.
W celu niesieni pomocy rodzinom, których członkowie zostali skazani w procesie
gnieźnieńskim, 23 listopada 1901 r. zawiązał się komitet obywatelski z siedzibą w
Poznaniu. Na miejscu - we Wrześni - powołany został taki sam komitet lokalny. Na
adres obu napływały dary i składki, nie tylko z ziem polskich, ale także z zagranicy.
Rozdzielano je rodzinom dotkniętym procesami, organizowano imprezy dla dzieci itp.
Działalność tych komitetów wywołała jednak w niedługim czasie ostrą krytykę
społeczeństwa. Zarzucano im nieudolność, celowe wstrzymywanie wypłaty zasiłków i
niepotrzebne gromadzenie kapitału. Równocześnie jednak praca ich była solą w oku
władz pruskich, zaś objawy sympatii i solidarności z prześladowanymi ludźmi
podsycały gniew Niemców. Doprowadziło to w 1903 r. do zawieszenia
działalności wyżej wymienionych komitetów, zaś członkom wytoczony został proces
przed sądem w Poznaniu. Sprawa zakończyła się jednak niespodziewanie łagodnie
dla oskarżonych, których uwolniono od zarzutów. Jedynie skarbnik został skazany
na tydzień aresztu. Tym procesem kończy się długa seria procesów sądowych
związanych z wypadkami wrzesińskimi w roku 1901.
W tym miejscu wypada jeszcze poruszyć sprawę nauczycieli wrzesińskich. Otóż rząd
pruski uznał ich zasługi jako najgorliwszych germanizatorów i krzewicieli niemczyzny i
języka niemieckiego. Wszyscy otrzymali nagrody, a inspektor szkolny, Winter, order
Czarnego Orła IV klasy. Jednak zwycięstwo przemocy pruskiej było bardzo
problematyczne, z czego zdawały sobie sprawę odpowiedzialne władze pruskie, które
nie ukrywały swojego niezadowolenia z powodu "obudzenia w młodym i starszym
pokoleniu niepokojącego przypływu fali nastrojów antyniemieckich oraz rozgłosu,
jakiego nabrały wypadki wrzesińskie w świecie".[47] Pruskie
władze dały temu wyraz, przenosząc osławionego
inspektora i niektórych nauczycieli szkoły wrzesińskiej do innych miejscowości.
Mijały dni, a odgłosy sprawy wrzesińskiej nie cichły. Odwrotnie - każdy niemal
miesiąc na przełomie 1901/1902 roku dorzucał nowe przyczynki. Jedną z form
protestu były burzliwe i żywiołowe demonstracje uliczne Polaków przed konsulatami
niemieckimi we Lwowie i w Warszawie; organizowali je samorzutnie studenci i
młodzież szkół średnich. W grudniu 1901 roku we Lwowie ruszył pochód
studentów i uczniów. Wybito kilka szyb, znieważono pruskie godło państwowe.
Podobne zajścia miały miejsce w Warszawie, gdzie w czasie manifestacji
rozlegały się okrzyki: "To za Wrześnię!".[48]
Rosła wroga opinia o rządach II Rzeszy Niemieckiej, same zaś zajścia
manifestowały jedność narodu polskiego, przekreślającą granice zaborów. Opinia
publiczna domagała się, aby posłowie polscy do parlamentu Rzeszy zabrali
głos i zajęli stanowisko w tej sprawie. Niestety, nie stanęli oni na wysokości
zadania. Ich wystąpienie było niezwykle ostrożne, manifestowało tchórzostwo
i chęć uniknięcia odpowiedzialności. Podsumował ich zresztą jeden z mówców na
wiecu, jaki odbył się w Poznaniu 8 marca 1902 roku. Powiedział on: "Rząd pruski
powinien być zadowolony, że ma tak lojalnych przeciwników, którzy zapewniają
kanclerza o swym zaufaniu w chwili, gdy cały naród oburza się z powodu Wrześni. W
sprawie wrzesińskiej okazali się posłowie polscy lojalistami, zdatnymi do czyszczenia
butów rządowi. Tego lud polski posłom nigdy nie zapomni!".[49]
Przeciwną postawę zaprezentował Ledebour, socjalista. Ostrymi słowami atakował
Hakatę, jej politykę i nikczemne chwyty, jakich używała, realizując swoje cele.
Postępowanie z Polakami porównał do ucisku Anglii wobec Irlandczyków i Burów.
Wydarzenia wrzesińskie, jego zdaniem, "tak samo zhańbiły imię Rzeszy Niemieckiej,
tak samo zraniły honor niemiecki, jak to uczyniło postępowanie Anglików w Afryce
Południowej".[50] Ledebour ostro napiętnował nietolerancję językową, podobną do dawnej
nietolerancji religijnej. Potępiał pruski system szkolny i rolę nauczycieli, uważanych za "szkolnych żandarmów".
W dniach 14-16 stycznia 1902 roku toczyła się debata polska w sejmie pruskim.
Pierwszy z mówców, narodowy liberał Hobrecht, żądał nie tylko kontynuowania, lecz
nawet zaostrzenia polityki antypolskiej. Ze strony polskiej głos zabrał poseł, ksiądz
Jażdżewski. W spokojnym tonie domagał się on cofnięcia rozporządzeń szkolnych
i stosowania zasady sprawiedliwości wobec Polaków. Na zakończenie debaty kanclerz Bulow
oświadczył jednak, że nie myśli wcale zmieniać polityki wobec ludności polskiej,
zwłaszcza w związku z ostatnimi zajściami. Zresztą pogląd rządu pruskiego (i
własny) na istotę strajku szkolnego we Wrześni wyraził on w przemówieniu sejmowym z 13 stycznia 1902 r. oświadczając: "
[...] Zapewniam was, że jestem daleki od myśli uciskania Kościoła katolickiego w
częściach kraju niegdyś polskich [...], a jeśli myślę w niektórych kwestiach
liberalnie, to w narodowych - nie znam żartów. Na wschodzie [Rzeszy] chodzi nie o
obronę Kościoła katolickiego i wiary katolickiej, lecz chodzi o to, aby nie upadło
pruskie poczucie państwowe i niemieckie poczucie narodowe, nie przepadł niemiecki
język i zwyczaj. Nie idzie wcale o zadanie wyznaniowe, ale o narodowe [...] Uważam
kwestię kresów wschodnich nie tylko za jedną z najważniejszych kwestii naszej
polityki, lecz za taką kwestię, od której rozwoju zależy najbliższa przyszłość
naszej ojczyzny".[51]
Mówiąc o reperkusjach wydarzeń wrzesińskich nie sposób pominąć artykułów,
jakie ukazały się w prasie. Sprawa wrzesińska i strajk szkolny w W.Ks.Poznańskim
zyskały bowiem rozgłos w Polsce i Niemczech, zaś szerokim echem odbiły się w całym
świecie słowiańskim i nie tylko. Znalazły też swoje miejsce na trybunach
parlamentarnych, przyczyniając się do poruszenia opinii publicznej wielu krajów.
Nazwisko Piaseckiej stało się popularne w świecie. Społeczeństwo i prasa stały
po stronie uczniów, uważając, że strajk ten nie jest lokalnym zatargiem, ale walką o
charakterze masowym.
Zygmunt Miłkowski (Tomasz Teodor Jeż) w liście skierowanym do "Nowej Reformy" napisał: "Nie godzi się
pozwolić na to, ażeby względem dzieci naszych okrucieństwa ujść miały bezkarnie. Za
znęcanie się nad dziećmi polskiemi prusacy pociągnięci być winni przed sąd opinii
publicznej całego świata cywilizowanego. Dokazać tego mogą i powinny matki
polki".[52] Dalej ten sam autor pisał: "Matki polki, zawiadamiając matki
francuzki, angielki, włoszki, skandynawki, hiszpanki, amerykanki, zwrócić się winny do
matek niemek, włączając w to cesarzowę, trzy królowe, wszystkie wielkie księżne i
zapytać je: Czy one wiedzą, co mężowie, bracia, synowie ich dokazują z dziećmi
polskiemi, a przypuszczając z ich strony nieświadomość opowiedzieć im, wedle
sprawozdań sądu w Gnieźnie w sprawie wrzesińskiej o obchodzeniu się z uczniami
nauczycieli niemców. Opowiedzieć o rozpaczy matek i ojców wobec katowania ich dzieci,
dokonywanego w szkole, opowiedzieć o ukaraniu przez sąd nie zbrodniarzy lecz
rodziców!".[53]
"Dziennik Poznański" przedstawił następująco tę demonstrację ludności
polskiej we Wrześni: "Nie są to zwykli zbrodniarze, których dla przykładu
srogo karać należy, w rezultacie żadnego też gwałtu nie popełnili, żadnej
krzywdy nikomu nie wyrządzili, bo i to nawet nie jest udowodnione, żeby
kto był kijem lub kamieniem uderzył w drzwi szkoły, są to tylko przypuszczenia Wintera
i Koralewskiego [...] Oskarżeni więcej nic nie chcieli, jak zadokumentować, że
nie chcą, aby dzieci uczyły się religii w obcym języku i zaprotestować przeciw
nadmiernemu biciu dzieci. I za to mają być tak srogo ukarani? Toć oni wprzód chwytali
się środków zupełnie legalnych, wnioski rodziców o przywrócenie nauki religii
w języku ojczystym. Zażalenia na nauczycieli o nadmierne bicie dzieci odrzucono.
Trudno się więc dziwić, że (...) zebrała się większa liczba mieszkańców Wrześni
przed szkołą i oburzeniu swemu dała wyraz".[54]
Ze szpalt prasy polskiej wszystkich trzech zaborów brzmiały wyrazy gorących uczuć
dla dzieci wrzesińskich, dla ich rodziców i obrońców. Krakowskie czasopismo
"Ilustracja Polska" pisało: "Mieliśmy w naszej historii
miejscowości opromienione chwałą i radością (...) ale ci cisi bohaterzy
zwyciężyli najpotężniejszych w pancerz swej przemocy zakutych katów, ale ci
mali, biedni, niepozorni bohaterzy świat zdobyli (...) Pamiętajmy o Wrześni! To
niechaj będzie naszym hasłem w stosunkach z wszelkim prusactwem, czy ono się
przejawia w Wielkim Księstwie Poznańskim, na Śląsku, w Wiedniu czy
w Galicji!".[55]
Krakowski "Czas", pismo zazwyczaj wielce dystyngowane i powściągliwe w
ocenach, tym razem użyło zwrotów w ostrości sformułowań niespotykanej na swoich
łamach: "(...) Należałoby oczekiwać procesu przeciwko (...) niemowlętom
polskim, które wprawdzie nie mówią jeszcze, ale już czują może po polsku".[56] Inne
krakowskie pismo, "Głos Narodu", dodało: "Matki polskie w ciemnicach
pruskich będą rozpamiętywać swoją niedolę i mękę swoich dzieci. Wyrok ten
dreszczem przejmuje całe polskie społeczeństwo... Hakatyzm rzuca się obecnie na
najmłodsze pokolenie w tej nadziei, że podgryzając podstawy narodu zniszczy całą jego
budowę (...)".[57]
"Kurier Poznański" pisał: "Krzyk drobnych dziatek wrzesińskich,
podnoszących ku niebu opuchnięte od razów rączki, i płacze matek polskich
odbiły się głośnym echem w całym cywilizowanym świecie (...) Kobiety i dzieci -
oto ów groźny zastęp, przeciwko któremu teraz trąbi do ataku szowinizm niemiecki w
swej prasie i który niebawem przedstawi parlamentowi. I zaiste groźny to jest zastęp,
bo obdarzony taką czarodziejską siłą, że rzucone nań pociski wracają się
podwójnie przeciwko temu, który je rzucił".[58]
"Goniec Wielkopolski" stwierdził: " Nie tylko naród polski we
wszystkich trzech zaborach daje wyraz oburzeniu, nie tylko społeczeństwo polskie
zamanifestowało wspaniale w obronie prawdy i najświętszych ideałów, lecz głosy
sympatyzujące z ofiarami wrzesińskimi z Rosji, Anglii, Francji itd. potępiają
jednomyślnie wrogi nam system pruski, stając się dla niego `zgrzytem żelaza po
szkle`. Sprawa wrzesińska to nie triumf dla rządu pruskiego, lecz straszna
porażka".[59]
"Wielkopolanin" przynosił znamienne uwagi następującej treści:
"Uczciwi Niemcy mówią zupełnie otwarcie, że gdyby nauczyciele takiej masowej
egzekucji na dzieciach dopuścili się w Westfalii, w ogóle w jakiej innej okolicy
niemieckiej, zajście (...) skończyłoby się o wiele gorzej dla tych, co zarządzili
taką masową egzekucję. We Wrześni włosek nikomu nie spadł z głowy. Słowem -
uczciwi Niemcy przyznają, że ludność wrzesińska miała wszelki powód być oburzona
do żywego i do wywołania oburzenia nie potrzeba było żadnej agitacji i podmów.
Egzekucja sama wystarczyła za wszystko".[60]
Inna jeszcze gazeta polska zamieściła takie oto słowa: "Sprawa wrzesińska:
krwawe katowanie małych dzieci w szkole, cicha ich obrona i okrutny wyrok trybunału
gnieźnieńskiego - do głębi całem polskiem wstrząsnęła społeczeństwem i w całej
niemal znalazła oddźwięk Europie".[61] Nieco dalej autor artykułu pisał:
"Prasa nasza bez różnicy zapatrywań i stronnictw wszelkich odcieni i zabarwień w
należyty sposób sformułowała sąd swój nad barbarzyńcą ukrywającym się pod
sztandarem `bojaźni bożej`".[62]
Pisma angielskie, oprócz wywiadu z Sienkiewiczem, zamieściły dwa obszerne artykuły
na temat ogólnego położenia Polaków pod zaborem pruskim. Czasopismo "Daily
Mail" ogłosiło artykuł o Wrześni, utrzymany w tonie tak ostrym, że pisma polskie
wychodzące pod zaborem pruskim nie odważyły się go powtórzyć.
Echa sprawy wrzesińskiej dotarły do Włoch, gdzie, według Marii Konopnickiej,
protest "przeciwko gwałtom pruskim dokonywanym na dzieciach polskich w Poznańskiem
zamknięty został dnia 30 lipca 1902 r. liczbą około 120.000 głosów conajmniej".[63]
Pod protestem uchwalonym przez czeskie kobiety podpisało się 5.345 osób. Treść
jego brzmiała następująco: "Obrażone uczucie ludzkości odezwało się w całym
cywilizowanym świecie przeciw gwałtom pruskim, dokonywanym barbarzyńsko na dzieciach
polskich. Kultura narodu, na którego sztandarze Goethe i Herder pisali niegdyś
najszlachetniejsze hasła, wdeptana została w błoto skutkiem wypadków wrzesińskich,
których szeroki rozgłos nie umilknie, dopóki nie obudzi się sumienie w lepszej
części narodu niemieckiego, chlubiącego się zasadami sprawiedliwości, prawa i
oświaty, które dziś jako maskę cynicznie odrzucił. Hasłem niemieckim jest dziś nie
tylko zgubienie Polaków, ale zguba wszystkich słowiańskich plemion za pomocą
brutalnych środków, z których najniższy nawet nie wydaje się w Prusach niecnym i
niegodnym".[64]
W Szwajcarii zebrano tylko 1 817 podpisów, co było następstwem zależności
tego państwa od przemysłu i handlu niemieckiego. Słowa protestu brzmiały tam
następująco: "Wzywamy was zatem, kobiety wszystkich ludów, a przede wszystkim
was kobiety matki, jako najżywiej czujące mękę dzieci, podnieście głos i weźcie
małych męczenników w obronę. Otwierajcie listy protestu. Zbierajcie na nie podpisy.
Zbierajcie je w takiej mnogości, aby się one stały hymnem naszej wzgardy i
hańby dla katów dzieci i matek".[65]
Sprawa strajku wywołała poruszenie także we Francji. Znana i ceniona publicystka,
P.Severine takimi słowami zakończyła swój artykuł: "Qvo vadis Polonia?
Przez ostatnie upokorzenie i boleść, przez tortury maleńkich dziatek moich,
przez wielki odrodzonej poezyi mojej głos, idę ku szczęśliwej przyszłości".[66]
Stanowisko prasy niemieckiej wobec wypadków w Poznańskiem było różne. Zdecydowanie
potępiała pruską politykę germanizacji na ziemiach polskich prasa socjaldemokratyczna.
Natomiast gazety niemieckie spod znaku Hakaty, wśród nich zwłaszcza "Posener
Tageblatt" i "Deutsche Zeitung" ogłosiły ponad pół tuzina jadowitych
artykułów przeciwko dzieciom wrzesińskim i ich obrońcom. W jednym z nich czytamy:
"Wyrok zapadł surowy, ale rząd nie miał innego wyboru ani powodu stosować tu
łagodniejszą miarę. Już dziś przecież, jak nam donoszą, w mniejszych
miejscowościach Księstwa wśród ludności polskiej Niemcy nie są pewni swego
życia!".[67]
Z tymi szowinistycznymi wystąpieniami kontrastowały głosy uczciwej prasy
niemieckiej. W obronie Wrześni wystąpił socjalistyczny "Vorwarts",
"Berliner Tageblatt" i "Breslauer Gerichts-Zeitung"; ta ostatnia
gazeta ostro i bez pardonu napiętnowała metody postępowania nauczycieli wrzesińskich:
"Czoło uchylić musimy przed mężnymi dziećmi szkolnymi, które raczej gotowe
pozwolić zawlec się na szafot niż sprzeniewierzyć się swym świętym,
dziecięcym przekonaniom. I takie dzieci bywają bite".[68]
Do nagłośnienia sprawy wrzesińskiej przyczynił się w znacznym stopniu opublikowany
w krakowskim "Czasie" 22 listopada, a więc w kilka zaledwie dni po
ogłoszeniu wyroku gnieźnieńskiego, list otwarty Henryka Sienkiewicza do cesarza
Wilhelma II, pt. O gwałtach pruskich, w
którym pisarz piętnował publicznie antypolską politykę pruską i postępowanie
władz niemieckich wobec dzieci w szkole. List ten zrobił wielkie wrażenie
na świecie i był szeroko komentowany przez prasę zagraniczną.
Piętnując prześladowania dzieci wrzesińskich, pisarz wzywał społeczeństwo do
ofiar na rzecz skazanych w procesie gnieźnieńskim. Odezwa ta, odbita w postaci
ulotek, powtórzona przez całą niemal prasę Galicji i Kongresówki, przedrukowana
wielokrotnie w prasie obcej - francuskiej, angielskiej, rosyjskiej - była pierwszym
wystąpieniem sławnego pisarza polskiego przeciwko Prusom. Głos Sienkiewicza budził
wielkie wrażenie i wywołał szeroki oddźwięk.
Autor Krzyżaków pisał:
" Zapadł niesłychany wyrok!
Nie podniesiono na żadnego ze szkolnych katów
ręki, nie było napaści ni czynów przemocy, a jednak rodziców tych małych
dzieci, skatowanych przez pruską szkołę, sądy pruskie ukarały długim więzieniem za
to, że pod wpływem rozpaczy i litości wypowiedzieli zbyt głośno słowa oburzenia
przeciw takiej szkole i takim nauczycielom.
Wszędzie, gdzie zwyrodniała kultura nie
przeszła w stan dzikości, nawet wśród tych Niemców, którzy woleliby w dziejach inną
rolę niż rolę zbirów pruskich, wyrok ten budzi jednaką grozę i pogardę - a zarazem
napełnia serce trwogą o przyszłość i zdumieniem.
My jedni, którzy od czasu, gdy część narodu
naszego weszła w skład Prus, znamy bliżej to środowisko - nie powinniśmy się ani
dziwić, ani też poprzestać na słowach i załamywaniu rąk.
Tak jest! Zdziwienie nie byłoby na miejscu.
Wszak ich własny, niemiecki pisarz wypowiedział niegdyś znamienne słowa, iż
złudzeniem jest, aby niemoralna polityka mogła nie znieprawić społeczeństwa i
przyszłych jego pokoleń. Stało się więc, co się stać musiało. Od czasu
Fryderyka II i jeszcze dawniejszych polityka pruska była nieprzerwanym ciągiem zbrodni,
przemocy, podstępów, pokory względem silnych, tyraństwa względem słabszych,
kłamstwa, niedotrzymywania umów, łamania słów i obłudy. Jest to zdanie nie tylko
obcych, ale i niemieckich niepodległych historyków, a zatem cóż dziwnego,
że w takich warunkach nastąpił ogólny rozkład dusz, że zwyrodniało poczucie
sprawiedliwości i prawdy, że zanikł zupełnie zmysł moralny, a w ogólnym
rozłajdaczeniu szkoła stała się katownią, a spodlałe rządy powolnym narzędziem
dzikich instynktów i przemocy.
Więc gdy na koniec taki organizm społeczny
wskutek zbiegu nieszczęsnych wypadków uczuł się zarazem państwowo silnym, musiało
dojść do objawów tak potwornych, jak między innymi ostatnie procesy: toruński i
wrzesiński. Można się pocieszyć myślą, że to wszystko nie może trwać.
Historia świadczy, że budowy wznoszone tylko
na tyranii, złości i głupocie nie trwały nigdy długo. Rosja, która jęczała pod
równie bezecnym jarzmem tatarskim, zdołała je w końcu zrzucić. Okrutne władztwo
hiszpańskie nie ostało się we Flandrii. Chrześcijańskie i kulturalne narody nie mogą
długo podlegać barbarzyństwu. Niemcy nie mogą także przez całą wieczność
podlegać prusactwu - więc przyszłość musi przynieść jakąś olbrzymią ewolucję i
ekspiację.
Ale tymczasem, co mamy czynić my, nad którymi
zbrodnia i dzikość ciąży bezpośrednio?
W ogóle - wytrwać! a w szczególności pomóc
do wytrwania tym, którzy się stali bezpośrednimi ofiarami łotrostwa i przemocy.
Po skatowaniu dzieci skazano na więzienie
rodziców, którzy pracowali na chleb. Jedną z obwinionych, ubogą matkę
siedmiorga drobiazgu, zamknięto na dwa i pół lata. Czy chodziło również o to,
by bohaterskie dzieci pomarły z głodu? W społeczeństwie hakaty - doprawdy - i to
możliwe.
Więc niech się poruszą serca wszystkich
naszych matek! Dajmy chleb dzieciom, przynieśmy tę pociechę skowanym rodzicom, że ich
nieszczęsne dzieci nie będą zmuszone żebrać! Prawo Boże, prawo chrześcijańskie
nakazuje litość nad dziećmi wszystkimi, a cóż dopiero, gdy chodzi o takie
dzieci - nam!
Dołączam do niniejszego listu dwieście koron
na chleb dla ofiar".[69]
Poznańska "Praca" skomentowała list otwarty Sienkiewicza tymi słowami:
"Zabrał także głos arcymistrz słowa polskiego, wielbiony przez cały świat
cywilizowany, Henryk Sienkiewicz, i wraz ze znacznym datkiem dla skazanych przysłał
pismom krakowskim oświadczenie, piętnujące dobitnie system i politykę, które musiały
doprowadzić do takiego procesu i takiego wyroku. On, który włada piórem jak nikt inny,
który wprost genialnie umie nim odtwarzać i wypowiadać najsilniejsze i
najsubtelniejsze uczucia i porywy serca i duszy, użył w tym świadczeniu wyrazów i
barw tak żywych i dobitnych, iż łatwo poznać można, jak głęboko dotknąć go
musiał wyrok gnieźnieński, jak bardzo obrazić jego etyczne pojęcia i zasady.
Niestety, z łatwych do zrozumienia przyczyn całego oświadczenia jego dosłownie
powtórzyć nie możemy. Musimy tedy ograniczyć się na powtórzeniu ostatniego ustępu z
listu Sienkiewicza (...) I w tym ustępie jeszcze kilka silnych wyrażeń zniewoleni
byliśmy skreślić lub zmienić. Nawet cenzura rosyjska złagodniała wobec tej
niesłychanej sprawy. Pismom warszawskim pozwolono obszernie referować o procesie, a po
zapadnięciu wyroku otwarcie wypowiedzieć swoje zdanie..."[70]
Do akcji protestacyjnej przyłączyła się także Maria Konopnicka. Pisarka zabiegała
o nadanie wypadkom wrzesińskim rozgłosu na skalę międzynarodową. Włożyła
wiele energii, czasu i wysiłku w nagłośnienie całej sprawy na terenie Włoch, gdzie
wówczas przybywała. Równie energicznie przeciwstawiała się kontratakom prasy
niemieckiej. Ponadto, szczególnie czuła na każdą krzywdę dziecka, poświęciła
sprawie wrzesińskiej piękny wiersz napisany w 1902 roku, pt. O Wrześni; został on ogłoszony na łamach
czasopisma "Przodownica" i natychmiast zyskał sobie ogromną
popularność. Czytelnicy ze wzruszeniem powtarzali sobie jego strofy:
Tam od Gniezna i
od Warty
Biją głosy w
świat otwarty,
Biją głosy,
ziemia jęczy:
Prusak dzieci
polskie męczy!
Za ten pacierz w
własnej mowie,
Co ją dali nam
ojcowie,
Co go nas uczyły
matki,
Prusak męczy
polskie dziatki!
Wstał na
gnieździe Orzeł Biały,
Pióra mu się w
blask rozwiały,
Gdzieś do Boga z
skargą leci:
Prusak męczy polskie dzieci!
Zbudziły się
prochy Piasta
Wstał król,
berło mu urasta.
Skroń w koronie
jasnej świeci
Bronić idzie
polskie dzieci.
Zwołujcie mi,
moje rady
Niechaj spieszą
do gromady
Zwołujcie mi
moich kmieci
-Prusak męczy
polskie dzieci.[71]
Po 6 latach, w roku 1908, wspomnienie Wrześni odezwie się mocnym i pięknym akordem w
strofach Roty.
Bohaterska postawa dzieci wrzesińskich podczas strajku szkolnego w latach 1901-1905
była opiewana również przez inną poetka, Paulinę Wężyk z Poznańskiego;
ona prawdopodobnie jest autorką programowego wiersza pt. Wrzesińskie dzieci, który zaczynał się od
słów:
Tam! Tam nad Wrześnią nowe słońce wschodzi
Spoza osłony czarnych, ciężkich chmur,
Zza krat sądowych, z procesów powodzi,
A padłszy na twarz synów i cór,
Jak złota zorza szczerym blaskiem świeci:
Na wrzesińskie dzieci! [72]
Przyszły lata pierwszej wojny światowej. Walka dzieci wrzesińskich
znalazła miejsce w podręcznikach historii, porastała legendą. Niemniej,
"należy do tych stronic naszej historii, które trzeba ocalić od zapomnienia".[73]
[1] Ludwik Gomolec, We Wrześni przed sześćdziesięciu laty, Poznań 1961, s.
7.
[2] Ludwik Gomolec, We Wrześni ..., s.7.
[3] Tadeusz Staniewski, Dni strejku szkolnego we Wrześni,
Września 1923, s.5.
[4] Janusz Deresiewicz red., Ziemia wrzesińska. Przeszłość i
teraźniejszość,
Warszawa - Poznań 1978, s. 43.
[5] Ludwik Gomolec,
We Wrześni..., s. 20.
[6] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 9.
[7] Ludwik Gomolec,
We Wrześni ..., s. 7.
[8] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 8.
[9] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 8-9.
[10] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 9.
[11] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s.19.
[12] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 9.
[13] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s.22.
[14] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s.22.
[15] Monika
Warneńska, Ulica.dzieci wrzesińskich, Warszawa 1961, s.18.
[16] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s.22.
[17] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 30.
[18] Ludwik
Gomolec, W obronie mowy ojców, Poznań 1986, s.8.
[19] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 30.
[20] Ludwik
Gomolec, W obronie..., s.31.
[21] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 31.
[22] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 31
[23] Ludwik
Gomolec, W obronie..., s.31.
[24] Ludwik
Gomolec, W obronie..., s.31.
[25] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 27.
[26] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s.30.
[27] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 25-26.
[28]Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 11.
[29] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 26.
[30] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 28.
[31] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 39.
[32] Ludwik
Gomolec, W obronie..., s. 16.
[33] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego... s. 15.
[34] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 39.
[35] Ludwik
Gomolec, Strajki szkolne w Poznańskiem w latach 1901-1907, Poznań 1956, s. 28.
[36] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 145.
[37] Ludwik
Gomolec, W obronie..., s. 35.
[38] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 25.
[39] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 24.
[40] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 49.
[41] Monika
Warneńska, Ulica... s. 47.
[42] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego..., s. 21-22.
[43] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego, s. 20.
[44] Tadeusz
Staniewski, Dni strejku szkolnego..., s. 20.
[45] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 77.
[46] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 85.
[47] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 37.
[48] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 46.
[49] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 113.
[50] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 108-109.
[51] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 19-20.
[52] Zagranica o
sprawie wrzesińskiej, opracował z dokumentów E S.
T E., Lwów 1903, s. 4.
[53] Zagranica o
sprawie..., s. 4-5.
[54] Ludwik
Gomolec, We Wrześni..., s. 29.
[55] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 98.
[56] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 99.
[57] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 99-100.
[58] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 100.
[59] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 100-101.
[60] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 101.
[61] Zagranica o
sprawie..., s. 3.
[62] Zagranica o
sprawie..., s. 3.
[63] Zagranica o
sprawie..., s. 6.
[64] Zagranica o
sprawie..., s. 28.
[65] Zagranica o
sprawie..., s. 37.
[66] Zagranica o
sprawie..., s. 54-55.
[67] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 101.
[68] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 102.
[69] Lech
Ludorowski, Antypruska publicystyka Henryka Sienkiewicza, Lublin 1996, s. 37-38.
[70] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 98-99.
[71] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 146.
[72] Monika
Warneńska, Ulica..., s. 146.
[73] Monika Warneńska, Ulica..., s. 147.
[autor mgr Helena Mordal]